The Maddest Obsession - Lori Danielle - ebook + audiobook + książka (2024)

Tytuł oryginału

The Maddest Obsession

Copyright © 2018 by Danielle Lori

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Magdalena Lisiecka

Korekta:

Justyna Nowak

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

978-83-8178-486-3

PLAYLISTA

Jealous – Labrinth

when the party’s over – Billie Eilish

White Rabbit – Jefferson Airplane

Piano Man – Billy Joel

Iris – Goo Goo Dolls

To Build aHome – The Cinematic Orchestra

The Good Side – Troye Sivan

Nevermind – Dennis Lloyd

What It’s Like – Everlast

Hi-Lo (Hollow) – Bishop Briggs

bury afriend – Billie Eilish

Sorry – Halsey

OD AUTORKI

Akcja The Maddest Obsession toczy się na przestrzeni siedmiu lat. Zaczyna się, kiedy Gianna ma dwadzieścia jeden lat, akończy, gdy ma dwadzieścia osiem. Dlatego podzieliłam książkę na dwie części: przeszłość iteraźniejszość. Każdy rozdział części pierwszej przedstawia jeden rok zżycia Gianny, natomiast perspektywa Christiana obejmuje tylko kilka dni.

Część druga przedstawia bieżące wydarzenia. Zbiegają się one zfabułą pierwszego tomu „MADE”, dlatego wszystkich, którzy jeszcze nie czytali The Sweetest Oblivion,a mają taki zamiar, zachęcam, by zrobili to wpierwszej kolejności.

Ściskam icałuję

Danielle

Dla mojego brata.

Corey, zawsze chciałeś dokonać czegoś wyjątkowego iCi się udało.

Nie dorastamy Ci do pięt.

Zawsze będę Cię kochać.

CZĘŚĆ IPrzeszłość

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Christian

Nowy Jork

Wrzesień 2015

–Powiedz mi jedną rzecz osobie.

Przestrzeń między nami wypełniało tykanie zegara. Ciepłe kolory iróżnorodność miejsc do siedzenia miały uczynić pokój przytulnym. Miały. Powietrze było gęste imdłe, jakby każde kłamstwo wypowiedziane wtym pokoju zostawało tu na zawsze.

Zmrużyłem oczy na wspomnienie wczorajszego mrugnięcia Kyle’a Sheetsa. Przeszedł przez to co ja – choć oskarżano go o co innego – ijakoś zdołał się wywinąć ztego, że na komputerze służbowym miał hentai1. Żyłem ioddychałem kłamstwem, ale myśl, że wrzucili mnie do jednego worka ztym bydlakiem, naprawdę mnie wkurzyła. Kurwa, ten gość zakładał adidasy do garnituru.

Przesuwając wzamyśleniu ręką po szczęce, przyznałem:

–Mam nałogową osobowość.

Doktor Sasha Taylor nie zdołała powstrzymać błysku zaskoczenia woczach iukryć ludzkiej reakcji. Wbiła wzrok wmoje akta, które trzymała na kolanach. Na spodnium blondynki nie było ani jednej fałdki. Studiowała wYale ipochodziła ze starej bogatej rodziny. Miała trzydzieści jeden lat iwszystko, czego szukałem wkobiecie: inteligencję, urodę, klasę.

–Alkohol? – spytała.

Potrząsnąłem głową.

–Narkotyki?

Byłoby łatwiej.

–Kobiety?

Kobieta.

Kolejny raz potrząsnąłem głową, ale tym razem zuśmiechem.

Spojrzała na moje usta, przełknęła ślinę iodwróciła wzrok.

–Wrócimy do tego później. – Zawiesiła głos. – Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – Spojrzałem na nią obojętnie. Na chwilę spuściła oczy. – Oczywiście, że wiesz. Czy… to zdarzenie ma coś wspólnego ztwoją… nałogową osobowością?

Wbiłem wzrok wjej czerwone jak wóz strażacki szpilki inagle znienawidziłem się za to, że nie mam jakiegoś mniej poważnego uzależnienia, jak choćby hentai. Zamieniłbym się wciemno za ten syf.

Wszyscy otym wiedzieli, Allister. Zachowuj pozory, tylko tyle mogę zrobić.

To przez te słowa mi odwaliło.

Nie byłem dobrym człowiekiem, apracowałem dla jeszcze gorszych od siebie. Jednak już za młodu, ito owiele za wcześnie, zrozumiałem, że świat nie jest czarno-biały. Czasem człowiek tak się zbruka, że już nie ma powrotu na jasną stronę mocy, apo ciemnej stronie było okej. Nawet jeśli to drugie wmoim przypadku nie miało miejsca, nigdy nie zaryzykowałbym wszystkiego, co udało mi się zbudować. Zbyt ciężko pracowałem na to, co mam, żeby zrezygnować ztego dla kobiety. Zwłaszcza wyglądającej jak owoc miłości Britney Spears iKurta Cobaina.

–Nie – skłamałem.

Gdybym był stuprocentowo szczery, wgodzinę zamknęliby mnie wpokoju bez klamek, albo raczej Sasha Taylor zniknęłaby bez śladu zpomocą agentów FBI.

–Niektórzy twierdzą, że chodziło okobietę – rzuciła bez przekonania.

Uniosłem brew.

–A ty, Sasho?

–Nie.

–Dlaczego?

–Wydajesz się zbyt… wyważony, żeby zachowywać się wten sposób zpowodu kobiety.

Zimny. Chciała powiedzieć, że jestem zbyt zimny.

Miałaby rację – wkażdym razie, wnormalnych okolicznościach. Ale ta irytująca sytuacja, przez którą tu trafiłem, nie była normalna. Mnie izimno łączyła kiedyś bliska więź, ito wnajbardziej dosłownym znaczeniu, ale teraz byłem jego przeciwieństwem. Poczułem wpiersi ogień, którego płomienie lizały strzępy tkwiącej we mnie duszy.

Sasha poprawiła się wfotelu, zakładając nogę na nogę.

–Wracając do nałogowej osobowości… Czy często ulegasz pokusom?

Na samą myśl, że mógłbym spróbować tej słodyczy, serce zaczęło mi walić dwa razy szybciej. Podniecało mnie to iwkurzało. Nienawidziłem jej za to, że przez lata zamieniała moje życie w piekło, ale niech mnie diabli, jeśli nie chciałem jej dotykać, sprawić, żeby nie istniał dla niej żaden, kurwa, inny facet, żeby miała choć wpołowie taką obsesję na moim punkcie, jak ja na jej, żeby już nigdy mnie nie zapomniała.

Przejechałem językiem po zębach iodepchnąłem od siebie to uczucie, choć moje ciało pozostało spięte.

–Nigdy.

–Dlaczego?

Pochwyciłem jej spojrzenie.

–Bo wtedy by ze mną wygrały.

–A ty nie lubisz przegrywać? – powiedziała na wydechu.

Niemal czułem bicie jej serca, kiedy patrzyliśmy na siebie spowici gęstą ciszą.

Odgarnęła kosmyk włosów za ucho ispojrzała wpapiery, mamrocząc pod nosem:

–Nie, nie lubisz.

Zegar tykał cicho jak bomba, która zaraz wybuchnie. Sasha spojrzała wjego stronę ipowiedziała:

–Jeszcze jedno pytanie, zanim skończymy na dziś. Jaki masz sposób na tę swoją nałogową osobowość?

Spokojnie.

–Porządek.

–Lubisz porządek? – zapytała. – Wczym?

–We wszystkim.

Na jej szyi pojawił się lekki rumieniec. Odchrząknęła.

–A kiedy wtwoje życie wkrada się chaos?

Gęste włosy, czasem ciemne, czasem blond, gładka oliwkowa skóra, nagie stopy iwszystko, co zakazane, przemknęło mi przed oczami.

Ogień wpłucach stał się jeszcze gorętszy, odbierając mi dech. Zwykle ból był jak haj. Ale kiedy chodziło oGiannę Russo – przepraszam, obecnie Marino – to było jak syndrom odstawienia. Czułem mdłości. Igorycz.

Odpowiedziałem przez lekko zaciśnięte zęby.

–Porządkuję je.

Już stojąc, zapiąłem marynarkę, po czym ruszyłem wstronę drzwi.

–A co, jeśli czegoś nie da się uporządkować? – Nie dawała za wygraną, wstając gwałtownie iluźno trzymając moją teczkę.

Zatrzymałem się zręką na klamce ispojrzałem na nadgarstek, na gumkę ukrytą pod mankietem.

–Wtedy, Sasho, wpadam wobsesję – odpowiedziałem szyderczo.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gianna

21 lat

Grudzień 2012

Zwinięty wrurkę banknot ibiały proszek dawały mi ukojenie.

Czasem to była euforia – nieziemska wręcz euforia zsercem walącym jak oszalałe. Jak seks, tylko bez poczucia pustki.

Czasem to był sposób na osiągnięcie celu. Jedna kreska, apoczucie zagrożenia ikażda rana zacierały się wpamięci. Jedna kreska imogłam być wolna.

Innym razem to był zimny podmuch, skrzypienie stalowych drzwi, które zamykają się ztrzaskiem tuż przed nosem.

Echo odbijało się od ścian celi ipowracało, jak kulka we flipperze. Przełknęłam, patrząc, jak zasuwa się zamyka.

Ruszyłam do przodu, chwyciłam kraty.

–Chyba mam prawo do telefonu?

Dwudziestoparoletnia latynoska policjantka oparła dłonie na pasie zbronią, po czym zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów spod zmarszczonych ciemnych brwi.

–Masz pecha, księżniczko. Jeśli będę musiała patrzeć na tę koszmarną sukienkę – skinęła głową wstronę mojej czerwonej, cudownie koronkowej sukienki od McQueena – choćby minutę dłużej, głowa będzie mi pękać do końca zmiany.

Chciałam ugryźć się wjęzyk, ale nie zdołałam.

–Możesz to zwalać na moją sukienkę, ale obie wiemy, że głowa rozboli cię od tego stylizowanego na starą pannę koka ztyłu głowy, cogliona2.

Zmrużyła oczy izrobiła krok wmoją stronę.

–Jak mnie nazwałaś?

–Hej – wtrąciła się inna policjantka, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Idziemy, Martinez.

Dwudziestoparolatka wbiła we mnie wzrok, zanim pomaszerowała za swoją partnerką.

Odwróciłam się, ruszyłam wgłąb celi, ale zaraz stanęłam, widząc, że nie jestem sama. Wkącie siedziała ruda podstarzała prostytutka. Patrzyła na mnie spod sklejonych maskarą rzęs. Kolor jej pudru był kilka odcieni ciemniejszy od bladej karnacji a siatkowe rajstopy podarte.

–Nie zabrali ci butów.

Spojrzałam na moje czerwone buty Jimmy Choo.

–Bardzo ładne – powiedziała, skubiąc lakier zpaznokci.

Popatrzyłam na jej gołe stopy, westchnęłam isiadłam na ławce obok.

Nie zabrali mi butów, bo długo tu nie posiedzę. Byłam pewna, że za kilka minut ważniaczka wźle dopasowanym mundurze zaprowadzi mnie gdzieś, gdzie będą kanapa ikawa, do jakiegoś przyjemniejszego miejsca, gdzie stanę się bardziej skora do wyjawienia wszystkich sekretów Cosa Nostry.

Przynosisz wstyd.

Nie jesteś nic warta.

Odrażająca.

Przygryzłam dolną wargę, gdy wzbierał we mnie niepokój.

–Ile kosztowały? – spytała moja towarzyszka zceli. Wtej samej chwili drzwi gdzieś wkońcu korytarza otworzyły się izamknęły. Od echa włoski zjeżyły mi się na ramionach.

Usłyszałam go, zanim zobaczyłam.

Od razu wiedziałam, że to federalny, którego po mnie przysłali.

Mówił urzędowym beznamiętnym głosem, choć każde słowo miało wsobie coś nieokreślonego: ostrą krawędź, jak mroczny grzech, skrywany wzakamarkach duszy.

Kolejne słowo, które wypowiedział – Gianna – było jak dotyk, jak muśnięcie stalowych skrzydeł na delikatnej skórze. Odpędziłam od siebie to wrażenie, przekładając włosy na jedno ramię.

–Prawdopodobnie za dużo – odpowiedziałam wkońcu, z dziwnym uczuciem bezdechu.

Prostytutka skinęła głową, jakby świetnie rozumiała, co mam na myśli.

Musiała być piękna – gdyby nie makijaż, nałóg, który zgasił blask wjej oczach, ilata obsługiwania najzacniejszych nowojorczyków.

Pokrewna dusza, jeśli wogóle kiedyś taką spotkałam.

Znów usłyszałam głos federalnego rozmawiającego zMartinez – tym razem bliżej. Przez hałas winnych celach nie słyszałam, oczym rozmawiali, ale jej głos był wyraźnie łagodniejszy, na pierwszy plan wysunęły się jej latynoskie korzenie, słowa brzmiały zmysłowo.

Przewróciłam oczami. Romans wpracy.

Słodkie.

Jednak nie wierzyłam, że federalny złapie przynętę. Czułam przez skórę jego obojętność, jego zimny ton.

Przeszył mnie dreszcz.

Na miłość boską, to tylko agent federalny. Od urodzenia miałam do czynienia zludźmi mafii.

Oparłam się plecami ościanę zobojętnością, której nie czułam. Nakręcałam ciemny kosmyk włosów na palec.

Pomieszczenie stało się mniejsze, ściany przybliżały się, jak wielokrotnie wcześniej.

Długi wdech. Wydech.

Odwróciłam głowę, spojrzałam przez kraty.

Martinez stała wkorytarzu, patrząc na federalnego, który zmierzał wmoim kierunku. Wjej oczach widać było czysty nieodwzajemniony zachwyt.

Chyba wszyscy jesteśmy wjakimś stopniu pokrewnymi duszami.

Jego postać odbijała się wkratach, kiedy zodwróconym wzrokiem mijał celę za celą. Szedł bez wysiłku. Ułożenie ramion, luźno opuszczone ręce – emanowały zniego pewność siebie i niszcząca siła, jakby jednym skinieniem potrafił kruszyć mury ikobiece serca.

Podniósł oczy ispojrzał na mnie, ciężko ibeznamiętnie, jakbym była przezroczysta.

Zmroziło mnie.

Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę, ale miałam wrażenie, jakby wszystko toczyło się wzwolnionym tempie. Zabrakło mi tchu. Założyłam nogę na nogę, odsłaniając dużą część uda. Poczucie bezpieczeństwa otuliło mnie niczym ciepły koc. Dopóki patrzyli na moje ciało, nigdy nie byli wstanie dostrzec, co skrywały oczy.

Mimo to, kiedy dotarł do mojej celi, najpierw spojrzał mi prosto woczy. Bezduszne. Przenikliwe. Błękitne. Jego spojrzenie paliło, jakbym wupalny letni dzień stała wotwartych drzwiach zamrażarki, agorące izimne strumienie powietrza krążyły wokół mnie niczym obłoki pary.

Kiedy tak stał przed celą iz odległości metra czy dwóch czułam dotyk jego niebezpiecznej obecności, byłam pewna, że to on jest zamknięty. Nie mogło być inaczej.

Słabe światło wkorytarzu migotało nad jego głową.

Ciemne włosy miał krótko przystrzyżone na bokach, wcieniowaniu znać było rękę fachowca. Szerokie barki, gładkie czarne linie, garnitur doskonale pasował do jego silnego ciała. Kontrola. Precyzja. Widać je było zdaleka, jak jaskrawy wzór na skórze jadowitego węża.

Ale to jego twarz przyciągała uwagę. Symetryczna, doskonale proporcjonalna. Nie mógł jej zepsuć nawet zimny, kamienny wyraz. Za drugim spojrzeniem odkryłam ciało, ojakim marzą kobiety, za trzecim – intelekt wkażdym geście, jakby wszyscy inni byli tylko pionkami na szachownicy, aon rozmyślał, jak nami zagrać.

Kiedy cela się otworzyła, serce mi podskoczyło. Odwróciłam wzrok na betonową ścianę przede mną.

–Russo.

O nie.

Nie ma mowy.

Gdybym znim poszła, trafiłabym włapy siatki handlarzy ludźmi iślad by po mnie zaginął. Może sobie być agentem federalnym, ale po tych oczach iwyglądzie widać, że ten facet widział irobił rzeczy, ojakich ludziom mafii nawet się nie śniło.

Milczałam.

Miałam zamiar poczekać na federalnego wźle skrojonym garniturze.

Przeniósł wzrok na prostytutkę.

–Jestem Cherry – rzuciła zuśmiechem – ale możesz mnie nazywać, jak chcesz.

Niektóre kobiety nie wiedziały, co dla nich dobre.

Przeciągnął kciukiem po zegarku raz, drugi, trzeci.

–Będę pamiętał – odpowiedział.

Kiedy cały ciężar jego spojrzenia spadł na mnie, poczułam, jakby skóra mi płonęła. Przewędrował wzrokiem wdół mojego ciała, zostawiając za sobą ślad lodu iognia, nim zdezaprobatą zmrużył oczy. Ijak na pstryknięcie, obawa wywołana tym, jak patrzył wmoje oczy, jakbym była człowiekiem, anie tylko ciałem, uleciała, ion był już teraz tylko mężczyzną.

Mężczyzną, który mnie osądza, który czegoś ode mnie chce.

–Wstań.

Który mówi mi, co mam robić.

Powoli iz wahaniem zaczęła się we mnie budzić frustracja.

Chciałam odczekać pełne trzy sekundy, zanim zareaguję, ale po pierwszych dwóch ogarnęło mnie nagłe izdecydowane przekonanie, że nie dotrwam do trzeciej.

Posłusznie wstałam izamarłam przed odryglowanymi drzwiami. Stałam wjego cieniu inawet on był jak zimny dotyk.

Nienawidziłam wysokich mężczyzn itego, jak patrzyli na mnie zgóry, wisząc nade mną jak chmura zasłaniająca słońce. Światem od zawsze rządzili wielcy faceci. Wtamtej chwili, kiedy stałam zdłońmi zaciśniętymi na stalowych kratach ipatrzyłam wjego błękitne oczy, bardziej niż kiedykolwiek czułam, że tak właśnie jest.

Patrzyło na mnie uosobienie zniecierpliwienia.

–Nie wiesz, jak się nazywasz, czy tylko zapomniałaś?

Na dźwięk jego eleganckiego, nieco chropowatego głosu dreszcz przemknął mi po plecach. Uniosłam ramię iwypaliłam bez sensu:

–Nie masz źle skrojonego garnituru.

–Niestety, nie mogę tego powiedzieć otobie – wycedził.

Naprawdę to powiedział?

Zmrużyłam oczy.

–To sukienka od McQueenai jest idealnie skrojona.

Z wyrazu jego twarzy wyczytałam, że zupełnie go to nie obchodziło. Otworzył drzwi, afala zimnego powietrza owiała moją nagą skórę.

–Idziemy – rozkazał.

Ta jednowyrazowa komenda podziałała mi na nerwy, ale jak sobie pościeliłam, tak się teraz wyśpię. Kiedy wychodziłam zceli pod jego ramieniem przytrzymującym drzwi iruszyłam korytarzem, wuszach słyszałam walenie własnego serca.

Zewsząd słychać było gwizdy.

Może moja skóra była gładka wdotyku, ale pod spodem, po tych dwudziestu jeden latach, była twarda jak pancerz. Ich słowa, drwiny igwizdy trafiały wpustkę, tę samą, gdzie goiły się siniaki.

Poczułam przypływ adrenaliny. Ostre światło. Zatęchłe powietrze. Skrzypienie butów policjanta.

Zbliżając się do rozwidlenia na końcu korytarza, zwolniłam. Byłam tak rozstrojona sytuacją, wjakiej się znalazłam, ifacetem, który szedł za mną, że kiedy usłyszałam jego „Na prawo”, skręciłam wlewo.

–To drugie prawo. – Zauważyłam lekką irytację wjego głosie, jakbym była ptasim móżdżkiem, na który szkoda czasu.

Z frustracji zaczerwieniłam się, az moich ust znów niepotrzebnie popłynęły słowa.

–Miło byłoby wiedzieć wcześniej, gdzie mam iść, stronzo3.

–Nie wiedziałem, że potrzebujesz czasu na przetworzenie prostego polecenia – odpowiedział, agłęboki, mroczny ton przebił się na powierzchnię. – Jeszcze raz nazwiesz mnie dupkiem, Russo, ipożałujesz.

Poczułam na plecach ostrość jego słów iw tym momencie znienawidziłam trochę gościa za to, że zna włoski.

Weszłam do holu izobaczyłam drzwi wejściowe. Marzyłam, żeby znaleźć się po ich drugiej stronie, ale – szczerze mówiąc – teraz wolałabym już zostać tu, niż pójść znim.

Agent federalny wźle skrojonym garniturze, ten, którego się spodziewałam, miał delikatnie wyciągnąć ze mnie sekrety Cosa Nostry, co wnajgorszym razie mogłoby obejmować rękę położoną zbyt wysoko na moim udzie, ale nigdy fizycznie nie skrzywdziłby kobiety. Przełknęłam, amoje oczy podążały za idącym w stronę kontuaru facetem, który zjawił się zamiast niego. Ten tu był potężny inieprzejednany. Zimny inajprawdopodobniej nieczuły na damskie sztuczki.

Jakich metod używał przy przesłuchaniu? Podtapianie? Elektrowstrząsy?Czy to wogóle wchodziło wgrę?

Lęk ścisnął mi żołądek.

Odznaka za odznaką, za odznaką – przed oczami migotały mi rozmazane złote isrebrne obrazy, od których zrobiło mi się niedobrze.

Weszłam do pomieszczenia izatrzymałam się obok federalnego.

–Dlaczego nie mam kajdanek? – zapytałam, patrząc na dwóch policjantów wyprowadzających skutego więźnia frontowymi drzwiami.

Stukał palcem okontuar wrytmie na trzy – puk, puk, puk – ipatrzył na mnie kątem oka, aw jego spojrzeniu czaił się ślad oschłego rozbawienia.

–Chciałaś mieć kajdanki? – Jego słowa zabrzmiały prowokacyjnie ipoufale. Nagle zrozumiałam dwie rzeczy: był dupkiem i zdarzyło mu się skuć kobietę włóżku.

Na tę niespodziewaną odpowiedź moje serce przyspieszyło. Żeby to ukryć, udałam znudzenie.

–Dzięki za propozycję, ale jestem mężatką.

–Widzę po twoim palcu.

Odruchowo spojrzałam na obrączkę iz jakiegoś głupiego powodu poczułam się urażona, że nie obchodziło go, czy jego więzień jest skuty czy nie. Przecież mogłam stanowić zagrożenie dla niego iporządku publicznego.

–Mogłabym uciec – powiedziałam, choć wcale nie miałam takiego zamiaru.

–Spróbuj.

To było zarazem wyzwanie iostrzeżenie.

Przeszył mnie zimny dreszcz.

–Byłbyś zsiebie dumny? Że złapałeś dziewczynę opołowę mniejszą od siebie?

–Tak.

W jego odpowiedzi nie było cienia wątpliwości.

–Właśnie na tym polega problem zwami, agentami federalnymi. Uwielbiacie się rozporządzać.

–Rządzić – poprawił sucho.

–O co ci chodzi?

–Powinnaś powiedzieć: rządzić się.

Założyłam ręce na piersi iobserwowałam zatłoczony korytarz. Zmrużyłam oczy. Mogłabym przysiąc, że każda kobieta, jaka znalazła się wpobliżu, zwalniała, żeby na niego popatrzeć. Policjantka wśrednim wieku, która mogłaby być jego matką, gapiła się na niego, podsuwając mu na drugą stronę kontuaru podkładkę zdokumentami.

Podpisał je ioddał wpatrującej się wniego bez mrugnięcia okiem policjantce. Byłam pewna, że przy takich reakcjach kobiet jego ego było codziennie rozpieszczane.

Kiedy ktoś położył moje sztuczne futro itorebkę na kontuarze, ogarnęła mnie fala niepokoju.

Na pewno elektrowstrząsy nie wchodzą wgrę.

–Ubieraj się – rozkazał.

Zatrzymałam się na chwilę, zaciskając zęby, bo jużzałożyłam jeden rękaw.

Złapał moją cekinową torebkę zkontuaru ispojrzał na sztuczne pawie pióra, jakby przenosiły malarię. Sama zrobiłam tę torebkę, była piękna. Wyrwałam mu ją, przerzuciłam pasek przez ramię iruszyłam wstronę drzwi.

Nagle zatrzymałam się, odwróciłam, jak gdyby nigdy nic podeszłam zpowrotem do kontuaru, po drodze zdejmując buty.

–Może pani dopilnować, żeby trafiły do mojej towarzyszki z celi, Cherry?

Policjantka patrzyła na mnie tępym wzrokiem.

Oddałam jej buty.

Spojrzała przez kontuar na moje nagie stopy zpomalowanymi na biało paznokciami, potem wyprostowała się, poprawiając mundur.

–Od godziny pada śnieg.

Zamrugałam.

–Chce pani oddać uzależnionej od opioidów prostytutce – przechyliła buty, żeby zajrzeć do środka – buty Jimmy Choo?

Twarz mi pojaśniała.

–Tak, proszę.

Wywróciła oczami.

–Jasne.

–Cudownie! – zawołałam. – Dziękuję!

Kiedy się odwróciłam, czekało na mnie spojrzenie, które słabszą kobietę bez wątpienia by zmroziło. Szorstko wskazał głową wstronę drzwi.

Westchnęłam.

–Dobrze, panie oficerze, ale tylko dlatego, że tak ładnie pan prosi.

–Agencie – poprawił.

–Agencie, adalej? – Popchnęłam drzwi. Parking był pokryty cienką warstwą śniegu migoczącego pod czterolampowymi latarniami. Grudniowe powietrze chwyciło moje gołe nogi wswoje ostre pazury, achłód próbował zagarnąć mnie wswoje objęcia.

Obserwował scenę zgóry imrużył oczy, patrząc na moje bose stopy.

–Allister.

–Który samochód jest pański, agencie Allister?

–Srebrny mercedes na chodniku.

Zebrałam się wgarść izapytałam:

–Może mógłby pan go otworzyć?

Zanim zdążył odpowiedzieć, ruszyłam pędem wstronę jego auta. Mróz kąsał moje stopy aoschłe spojrzenie federalnego wypalało mi dziurę wplecach.

Nie otworzył.

Przeskakiwałam znogi na nogę, szarpiąc za klamkę od strony pasażera, kiedy on, całkiem niespiesznie, szedł wmoją stronę.

–Proszę otworzyć samochód – powiedziałam, amój oddech zamienił się wparę.

–Proszę przestać szarpać za klamkę.

Ups.

Zamek wdrzwiach puścił iwsunęłam się do środka, pocierając stopami ociepły dywanik.

Samochód pachniał skórą inim. Byłam pewna, że używał robionej na zamówienie wody kolońskiej, która pasowała do garnituru. Była warta wydanych pieniędzy. Zapach był przyjemny, nawet lekko mnie odurzył. Musiałam zamrugać, żeby pozbyć się tego wrażenia.

Usiadł na miejscu kierowcy izamknął drzwi. Zignorowałam przeczucie, że zaraz połknie mnie wcałości.

Ruszyliśmy wciszy – pełnej napięcia, ale niemal komfortowej ciszy.

Z torebki wygrzebałam gumę balonową. Auto wypełnił szelest papierka. Jego wzrok pozostał skupiony na drodze, ale niemal niezauważalnie potrząsnął głową, pokazując, że uważa mnie za idiotkę.

Nie on pierwszy.

Włożyłam gumę do ust irozejrzałam się po nieskazitelnym wnętrzu samochodu. Ani jednego paragonu. Napoju. Pyłku. Albo właśnie kogoś zabił izacierał ślady, albo miał nerwicę natręctw.

Bardzo mnie to zaciekawiło.

Zmięłam papierek ichciałam go wrzucić do uchwytu na kubek. Powstrzymało mnie zabójcze spojrzenie agenta.

Więc to chyba jednak nerwica.

Wrzuciłam papierek do torebki.

Założyłam nogę na nogę. Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Cisza stawała się ogłuszająca, więc sięgnęłam wstronę radia, ale znów jego wzrok sprawił, że zmieniłam zdanie. Westchnęłam ipoprawiłam się wfotelu.

–Od jak dawna jesteś mężatką?

Zmrużyłam oczy, wpatrując się wprzednią szybę. Ten facet nie zadawał nawet pytań – tylko mówił, co masz mu powiedzieć. Ale wciszy kłębiło się zbyt wiele myśli, więc odpowiedziałam:

–Od roku.

–Młodo wyszłaś za mąż.

Spojrzałam na paznokcie.

–Chyba tak.

–Pewnie pochodzisz zNowego Jorku.

–Chciałabym – wymamrotałam.

–Nie podoba ci się miejsce, zktórego pochodzisz?

–Nie podoba mi się twoja gadka, którą próbujesz wyciągnąć ze mnie informacje. Nie mam ci nic do powiedzenia, więc możesz spokojnie odstawić mnie zpowrotem do paki.

Jego ramię musnęło moje, oparte na desce. Odsunęłam się i założyłam nogę na nogę wdrugą stronę. Czy ten samochód jest mały, czy tylko na mnie sprawia takie wrażenie?

Ogrzewanie nie było mocno podkręcone, ale czułam, że płonę. Zdjęłam płaszcz irzuciłam na tylne siedzenie.

Spojrzał na mnie kątem oka.

–Jesteś zdenerwowana?

–Agenci federalni nie wywołują umnie zdenerwowania, panie Allister, tylko wysypkę.

Zignorowałam jego spojrzenie, którym omiótł mnie od luźnych loków na głowie, przez czerwoną koronkę na brzuchu, spod której widać było diamentowy kolczyk wpępku, po bose stopy.

–Może gdybyś nie ubierała się jak dziwka, gliniarze, którzy cię zatrzymali, by cię nie przeszukali.

Pociągnęłam zębami gumę, którą miałam na palcu, iuśmiechnęłam się do niego.

–Może gdybyś nie wyglądał na pedantycznego dupka, czasem byś jakąś przeleciał.

Kącik jego ust lekko się uniósł.

–Cieszę się, że jest dla mnie jakaś nadzieja.

Wywróciłam oczami iodwróciłam głowę wstronę szyby.

–To musiała być jakaś szczególna okazja – ciągnął.

–Nie.

–Nie? Na co dzień nosisz przy sobie tyle koki?

Wzruszyłam ramieniem.

–Może.

–Jak za nią płacisz?

–Pieniędzmi.

Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Mięsień na jego szczęce się napiął. Poczułam lekkie zadowolenie.

–Dlatego wyszłaś za swojego męża? – Jego spojrzenie spotkało się zmoim. – Dla kasy?

Ogarnęła mnie złość. Nie odpowiedziałam. Ale po jego następnym pytaniu nie wytrzymałam.

–Jesteś przynajmniej wierną blacharą?

Blacharą?

–Jakbym miała jakiś wybór! Vaffanculo achi t’è morto!4

Jego spojrzenie parzyło, było mroczne igorące.

Zacisnęłam usta.

Szlag.

Ledwo zaczęliśmy gadać, ajuż wyciągnął ze mnie wyznanie, że nie bardzo miałam wybór, jeśli chodzi omałżeństwo zAntoniem.

–Mama ci nie mówiła, że to nieładnie przeklinać?

Nie odpowiedziałam. Powiedziałabym mu, że moja mamma5 była wspaniała, to zaraz by sobie wydedukował, że mój papà6 zamiast mnie słuchać, raczej zamknąłby mnie wpokoju na trzy dni.

–Przekroczyć prędkość, mając przy sobie prochy, to niezbyt mądre posunięcie.

Parsknęłam. Chciałam go zignorować, ale musiałam mu odpowiedzieć. Zignorować kogoś, to jak wbić mu nóż wserce. Na samą myśl, że mogłabym tak kogoś potraktować, robiło mi się niedobrze. Zabawne skrupuły, biorąc pod uwagę, że przed chwilą powiedziałam mu, żeby poszedł pieprzyć swoich zmarłych przodków. Włosi są bardzo kreatywni wwymyślaniu obelg.

–Przekroczyłam prędkość oniecałe pięć kilometrów.

Jego palec stukał miarowo na kierownicy.

–Kto cię nauczył prowadzić? Czy Cosa Nostra nie woli kobiet tępych iuległych?

–Najwyraźniej nie, bo to mój mąż mnie nauczył.

Nie przyznałabym się, że Antonio dawał mi owiele więcej swobody niż inni członkowie Cosa Nostry swoim żonom. Antonio dał mi wiele rzeczy. Imoże to dlatego tak trudno było mi nim gardzić za to, co mi odebrał.

–A jak zareaguje na twoje zwolnienie zaresztu?

–A jak reaguje twoja mama, kiedy nie wracasz do domu na czas?

–Odpowiedz na pytanie.

Zacisnęłam zęby, starając się zapanować nad wzbierającym we mnie gniewem. Opuściłam osłonę przeciwsłoneczną ipoprawiłam wlusterku włosy.

–Pytasz, czy mąż mnie bije? Nie, nie bije.

Bije oznacza powtarzalność, więc wzasadzie powiedziałam prawdę.

Jego spojrzenie wwiercało się wmój policzek.

–Nie umiesz kłamać.

–A ty mnie wkurzasz, Allister.

Osłona przeciwsłoneczna ztrzaskiem wróciła na miejsce.

Atmosfera stawała się coraz cięższa ibardziej klaustrofobiczna. Jego obecność, potężne ciało igładkie ruchy coraz bardziej mnie osaczały.

–Kocha cię?

Zadał to pytanie obojętnym głosem, jakby miało to takie samo znaczenie, jak mój ulubiony kolor. Mimo to pytanie było jak cios wbrzuch. Patrzyłam przed siebie, aw gardle czułam ogień. Odnalazł mój słaby punkt, teraz będzie dźgał, aż zacznę krwawić. Wustach czułam kwaśny posmak nienawiści.

Już wolałabym elektrowstrząsy.

Nagle poczułam nienawiść do tego faceta za wdzieranie się do mojej głowy ztymi głupimi pytaniami, za obnażanie tych części mnie, których nie chciałabym nigdy nikomu pokazać.

Zrobiłam balon.

Przebiłam go.

Wtedy nie wytrzymał.

Wyciągnął oklapnięty balon zmoich ust iwyrzucił gumę przez okno.

Gapiłam się na niego, starając się nie oblizać zust niepokojącego żaru jego dotyku.

–To śmiecenie wmiejscu publicznym.

W jego oczach dostrzegłam obojętność.

Agent Allister nie przejmował się środowiskiem.

Wcale mnie to nie zdziwiło.

Znów położył rękę na kierownicy inagle zaczęłam się zastanawiać, jak silna jest jego nerwica natręctw – czy po powrocie do domu próbowałby zmyć resztki mojej śliny ze swoich palców wybielaczem, czy jednak nie. Ale rozmyślanie ofederalnym szybko mnie znudziło izaczęłam patrzeć przez okno na pomarańczową poświatę mijanych latarni itumany drobnego śniegu opadające jak maleńkie nocne cienie.

–Ile razy?

Nieprecyzyjne pytanie, ale zjego tonu odgadłam, że zatoczyliśmy koło iwróciliśmy do tematu mojego męża ibicia.

–Co noc – powiedziałam, zostawiając pole do domysłów. – Sprawia, że krzyczę tak głośno, że aż sąsiedzi się budzą.

–Doprawdy? Lubisz się rżnąć zfacetami tyle starszymi od siebie?

To zaczęło być mocno irytujące. Sięgnęłam do radia, włączyłam je, po czym odpowiedziałam spokojnie:

–Na pewno ma więcej wigoru niż ty.

Nawet nie raczył odpowiedzieć. Zanim zdążyłam posłuchać choćby sekundy jakiegoś porannego programu politycznego, wyłączył radio. Jaki potwór woli coś takiego od muzyki?

Cisza między nami nie trwała długo.

–Twój pasierb jest starszy od ciebie – skomentował. – To chyba dziwne uczucie.

–Właściwie nie.

–Tak sobie myślę, że pewnie masz więcej wspólnego znim niż zjego ojcem.

–To źle sobie myślisz – odpowiedziałam znudzona tą rozmową itym facetem. To jest najgorsza kara. Już nigdy nie tknę kokainy.

–Mieszkałaś znim pod jednym dachem przez rok. Jesteście w podobnym wieku. Nawet jeśli nie macie wiele wspólnego mentalnie, to na pewno fizycznie.

Zaśmiałam się. Nico ija? Nigdy wżyciu.

Niestety, wtedy nie wiedziałam, że nigdy potrwa zaledwie rok.

–Zabiera pan moje akta do domu na noc, panie oficerze?

Nie odpowiedział.

Zaczęłam sobie uświadamiać, co się dzieje, wmiarę jak okolica stawała się coraz bardziej znajoma. Poczułam lód wżołądku, kiedy skręciliśmy wmoją ulicę. Ogarnęło mnie ciężkie wyraziste uczucie. Gniew. Głęboki ipełen nienawiści. Pozwolił mi wierzyć, że był prawym agentem federalnym, atymczasem był po prostu jeszcze jednym sprzedawczykiem opłacanym przez mojego męża.

Zaparkował na chodniku przed moim domem, przełączył auto na tryb parkowania.

Uraza, którą odczuwałam, mieszała się zzapachem skóry iwody kolońskiej. Czuł to, kiedy odwrócił się wmoją stronę i spojrzał na mnie. Jego wzrok był cierpki jak smak ginu, choć widać wnim było światło, jakby ktoś wrzucił zapaloną zapałkę do szklanki. Błękit.To spojrzenie chwyciło mnie za kark iwciągnęło pod wodę.

Długi wdech. Wydech.

Nagle ogarnęło mnie wrażenie, że już spotkałam tego faceta. Ale zaraz zniknęło. Bez względu na to, jak bardzo chciałabym zapomnieć ojego obecności, tej twarzy na pewno bym nie zapomniała.

–Wściubiałeś nos wmoje prywatne sprawy – warknęłam, zabierając futro ztylnego siedzenia.

–Zmarnowałaś mój czas, więc miałem prawo.

Ogarnęło mnie niedowierzanie. Żaden inny człowiek mojego męża nie odważyłby się zadawać mi takich pytań, ateraz jeszcze nazwał to swoim prawem.

Jad sączył się zkażdego mojego słowa, które brzmiało słodko jak cukierek:

–Agencie Allister, kiedy pan sobie uświadomił, że nie jest człowiekiem?

W jego oczach pojawiła się iskierka rozbawienia.

–W dniu, kiedy się urodziłem, złotko. – Ibłyskawicznie zniknęła. – Zabieraj się zmojego auta, chyba że wolisz wrócić do pierdla.

Zacisnęłam zęby, ale otworzyłam drzwi iwysiadłam. Lodowaty podmuch rozwiał moje włosy po ramionach. Ulicę pokrywał śniegowy dywan. Poczułam pieczenie na bosych stopach. Odwróciłam się irzuciłam mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie potrafiłam się zdobyć.

–Idź do diabła, Allister.

–Już tam byłem, Russo, nie zrobił na mnie wrażenia.

Mocne stwierdzenie, ale mu uwierzyłam.

W jego oczach było wszystko, zczego składają się koszmary: lód, ogień isekrety, których nikt nie chciałby poznać. Uchodził za normalnego tylko dzięki swojej aż nadto przystojnej twarzy. Gdyby nie ona, świat zobaczyłby, kim naprawdę jest, izamknął go gdzieś.

Brudny.

Jego pożegnanie było krótkie iapatyczne.

–Jeśli znów dasz się przyłapać zkoką, nie pomogę ci. Zgnijesz wpierdlu.

Nie kłamał.

Następnym razem mi nie pomógł.

ROZDZIAŁ TRZECI

Gianna

22 lata

Październik 2013

Czerń. Atramentowa inieruchoma czerń wślizgnęła się wmoją podświadomość.

Często była ucieczką od rzeczywistości; przynosiła ulgę wszaleństwie. Ale tym razem szeptała do mnie – mówiła, bym się nie budziła, ani teraz, ani nigdy. Niestety przenikliwy hałas woddali był głośniejszy. Zamrugałam iotworzyłam oczy, ale zamknęłam je znowu, kiedy ból niczym nóż przeszył moją głowę.

Drrr. Drrr.

Zajęczałam, przekręciłam się włóżku imoja ręka wylądowała na gołej klatce piersiowej. Coś przeskoczyło, jeden kawałek układanki trafił na swoje miejsce.

Drrr. Drrr.

Rozłożyłam palce iprzesunęłam dłonią po jego klatce.

Za gorąca. Za gładka. Niedobrze.

Drrr. Drr…

–Czego, kurwa, chcesz – wymamrotał męski głos.

Krew, żyły iserce zamieniły się wlód – nagle cały mój świat legł wgruzach.

Otworzyłam szeroko oczy, ból głowy stłumił silniejszy ból w klatce piersiowej.

Docierały do mnie pojedyncze obrazy. Moja sukienka na podłodze. Wąska smuga światła wpadająca przez żaluzje. Naga skóra. Moja. Jego.

Przyciągnęłam bliżej kołdrę, żołądek podchodził mi do gardła.

Zakończył rozmowę, rzucił telefon na szafkę nocną izacisnął powieki. Po chwili napięcia, jakie przepełniało powietrze, znów otworzył oczy ispojrzał na mnie. Wpatrywaliśmy się wsiebie, az każdą chwilą intensywniej czułam na sobie dotyk przenikliwej ciszy.

–Jezu – wymamrotał Nico, zanim ponownie zacisnął powieki.

Wychyliłam się złóżka izwymiotowałam. Poczułam wgardle kwas iwytarłam usta wierzchem dłoni.

Przynosisz wstyd.

Nie jesteś nic warta.

Odrażająca.

Kurwa.

To się nie wydarzyło.

Kłamstwo,wyszeptała czerń.

Czułam ślady na całym ciele – ślady po dłoniach, zębach, ustach. Pełzały po mojej skórze iwnikały wduszę uzbrojone w pazury ze stali izłamanego serca.

Otworzyłam oczy izobaczyłam na podłodze zużytą prezerwatywę.

W uszach mi dzwoniło, płuca jakby się zamknęły, nie mogłam złapać tchu. Zacisnęłam pięści na pościeli, serce rozdzierała mi panika.

–Gianno…

–Oddałam mu wszystko – płakałam, ałzy strumieniami płynęły mi po policzkach.

–Cholera – wymamrotał, zanim wstał izałożył bokserki. Poszedł, żeby podnieść moją sukienkę, ale rzucił ją zpowrotem na podłogę, kiedy zobaczył, że na nią zwymiotowałam.

–Byłam dziewicą, gdy za niego wychodziłam. Ibyłam mu wierna.

–Wiem.

Obrazy zwczoraj wróciły ze zdwojoną siłą. Nasza sypialnia. Mój mąż. Ona. Traktowałam ją jak rodzinę. Wiedziałam, że były inne kobiety… Ale dlaczego ona? Poczułam wpiersiach ból zdrady, świeżą ipalącą ranę, ana ustach słony smak łez.

–To mu nie wystarczyło – wyszeptałam. Ja mu nie wystarczałam.

–Mojemu ojcu zawsze jest mało, Gianno – powiedział. – Przecież to wiesz.

Poczułam ścisk wgardle, patrząc, jak Nico wyjmuje koszulę z szuflady komody, bo czasem wjego gestach dostrzegałam Antonia.

Kochałam mojego męża – mężczyznę, który mnie nie kochał. Może powinnam winić agenta Allistera, który podsunął mi ten pomysł do głowy rok temu, ale to ból mnie tu przywiódł. Do syna mojego męża.

Ogarniała mnie coraz większa panika, kradnąc powietrze z płuc.

–Jak to się stało?

–Serio? Mam ci to wyjaśnić?

–To nie jest śmieszne, Asie.

–Dlatego się nie śmieję, Gianno.

Położył mi na kolanach T-shirt, przykucnął przy wymiocinach iskinął głową wstronę moich ust.

–Papà ci to zrobił?

Oblizałam rozcięcie na dolnej wardze.

–Walnęłam go wgłowę wazonem inazwałam kłamliwą świnią.

As mruknął rozbawiony.

–Domyślam się.

Teraz agent Allister miał rację. Bicie zaczęło się powtarzać i zjakiegoś powodu nienawidziłam faceta, jakby to on do tego doprowadził. Minął rok od naszego spotkania, ale nienawiść, jaką do niego czułam, wciąż była świeża.

–Nie powiesz mu – powiedział Nico.

Nie odpowiedziałam.

–Jeśli mu powiesz, zmienię twoje życie wpiekło.

Gorzko się zaśmiałam. Moja najlepsza przyjaciółka rżnęła się zmoim mężem. Czy może być jeszcze gorzej?

Złapał mnie za podbródek iodwrócił wswoją stronę.

–Oboje wiemy, że to na tobie wyładuje złość, nie na mnie.

–To moja decyzja.

Zabrał rękę, westchnął iwstał.

–Zrobisz, jak zechcesz, ale pamiętaj, że cię ostrzegałem. Inie będę cię żałował.

Wzięłam jego T-shirt, założyłam, podczas gdy on grzebał w szufladzie szafki nocnej.

–Dlaczego, Asie? – wyszeptałam.

Jak mogłeś do tego dopuścić?

Wiem, dlaczego ja dopuściłam. Byłam wrozsypce. Popełniałam same błędy. Ale Nico? Zawsze stąpał twardo po ziemi. Zawsze miał wszystko pod kontrolą.

–Byłem pijany, Gianno. Uwalony wtrzy dupy. Iszczerze mówiąc, nadal jestem.

Zapalił papierosa żarzącego się wiśniową czerwienią izłością. Kiedy otworzył okiennice, apotem okno – światło wypełniło pokój, kolejny kawałek układanki wskoczył na miejsce. Jego dłonie pokrywały czerwone smugi biegnące wgórę ramion. Krew.Nie wiedziałam, jak to jest być człowiekiem mafii, ale żyłam wśród nich wystarczająco długo, by wiedzieć, że to nie jest łatwe. Że czasem cena, jaką trzeba za to zapłacić, okazywała się wysoka inagła.

–Wyglądasz jak twój ojciec – wyrwało mi się. Powiedziałam to miękko, ale wwypełnionym słońcem pokoju te słowa zabrzmiały surowo icierpko. Za dnia grzechy nocy zawsze brzmiały gorzej.

Wypuścił kłąb dymu, aw jego oczach błysnęła udawana śmiertelna powaga.

–Chryste. – Potrząsnął głową. – To dlatego wczoraj tu przyszłaś?

Stroboskopy. Brudna płytka łazienkowa. Wciągnięta kreska. Kropla potu spływająca po plecach. Przyjęcie białej pigułki zmałego woreczka. Nicość.

–Nie wiem – wyszeptałam.

–co*kolwiek to było, mam nadzieję, że coś ci to dało, Gianno. Bo oboje skończymy wpiekle.

Zgasił papierosa oparapet iwyszedł zpokoju.

Zamknęłam oczy ipróbowałam dokończyć układankę, uporządkować wydarzenia ostatniej nocy. Ale znalazłam tylko czerń. Czerń, która szeptała mi, żebym zasnęła isię już nie budziła, nigdy.

*

Kiedy rano wróciłam do domu, na łóżku znalazłam pudełko czekoladek przewiązane wyrażającą skruchę czerwoną wstążką. Na tym samym łóżku, na którym mój mąż rżnął od tyłu moją najlepszą przyjaciółkę.

Usiadłam na łóżku izjadłam je wszystkie.

Dni mijały, wypełnione mieszanką kolorów, uczuć itajemnicy, która pożerała mnie żywcem. Wszystko było do góry nogami, jakbym patrzyła na świat zkręcącej się platformy karuzeli z głową zwieszoną wdół przez barierkę.

To były złe dni. Zimne. Samotne. Na haju.

Antonio pokazał się tylko raz. Przyszedł do łóżka inatychmiast zasnął. Gapiłam się wsufit, aż pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać przez żaluzje. Łóżko się obniżyło, aświadomość jego obecności zniknęła tak samo łatwo, jak się pojawiła.

Niedługo później zasnęłam.

Uderzyły mnie blask światła ipowiew chłodu, kiedy zerwano ze mnie kołdrę. Krzyknęłam, żeby zaprotestować, ale głos uwiązł mi wgardle, gdy poczułam na twarzy chlust lodowatej wody.

–Levàntate7!

Bełkotałam coś, kiedy woda spływała mi po twarzy. Usiadłam gwałtownie. Przetarłam oczy, otworzyłam je izobaczyłam Magdalenę stojącą przy łóżku zdużą miską wręku.

Przeszył mnie dreszcz izakrztusiłam się wodą.

–Oszalałaś? – krzyknęłam.

Upuściła miskę iprzeciągnęła dłonią po swoim prostym białym uniformie.

–Sí. Pero no tan loca como tú.8

Poczułam ból ztyłu oczu. Byłam cała mokra iwzburzona. Moje słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałam.

–Magdaleno, wiesz, że nie znam hiszpańskiego.

–Porque eres demasiado tonta. – Bo jesteś za głupia.

Znałam to wyrażenie, bo Magdalena uważała, że ta odpowiedź pasuje na każdą okazję.

Z jękiem opadłam na mokrą pościel.

–Kto wpadł na pomysł, żeby cię zatrudnić. Jesteś niegrzeczna i, prawdę mówiąc, marna zciebie pokojówka.

Sześćdziesięciolatka zadarła nos.

–Nie jestem pokojówką. Jestem gospodynią.

Byłam pewna, że to to samo, ale nie miałam siły się znią kłócić.

–Więc idź gospodarzyć gdzieś indziej idaj mi spokój.

Przygładziła kosmyk siwych włosów. Spojrzała na swoje paznokcie.

–Ma dziś pani przyjęcie, querida9.

–Nie – zaprotestowałam. – Żadnego przyjęcia.

–Sí…

–Nie idę na żadne przyjęcie, Magdaleno – powiedziałam. Po chwili dodałam: – Nie mam się wco ubrać.

W każdym razie nie mam nic, przez co nie byłoby widać mojej krwawiącej duszy.

–Nic porządnego – zgodziła się, patrząc na mnie tęczówkami ciemnymi jak czekolada. – To na raka. Una cena benéfica10.

Poczułam ścisk wżołądku isercu.

–Impreza dobroczynna na rzecz walki zrakiem?

–Sí.Antonio zadzwonił ikazał, żeby pani była gotowa na ósmą.

Kazał?

W innych okolicznościach, na przykład gdyby to była impreza dobroczynna na rzecz ratowania żółwi morskich – mój drugi ulubiony cel charytatywny – kazałabym mu się walić. Ale szczerze nienawidzę raka, amój mąż ma kupę kasy.

–Dobrze, pójdę. Ale tylko po to, żeby wypisać czek na pokaźną sumkę.

Wstałam, kopnęłam puste pudełko po czekoladkach iminęłam je. Zniknęło pod łóżkiem zresztą moich demonów.

–Bueno11.Strasznie się pani leniła cały tydzień, señora12. To nieładnie.

Wchodząc do garderoby, bezwiednie rozsunęłam wieszaki z ubraniami.

–Dziękuję, Magdaleno – odpowiedziałam – ale nie ma tu nikogo, komu chciałabym się podobać.

Zaczęła grzebać wmojej szufladzie zbielizną.

–Bo Antonio sypia zSydney? – Zjej palca zwisały koronkowe majtki. – Jaki kolor, querida? Czerwony jest dobry.

Imadło zacisnęło się na moim sercu.

–Widzę, że taktu uczyłaś się od tej samej osoby, co sprzątania – powiedziałam. – Cieliste, poproszę.

–Ja nie sprzątam.

–Właśnie – wymamrotałam, przechodząc obok niej zluźnym czarnym topem odciętym wtalii ispódnicą zwysokim stanem, którą zrobiłam ze starej koszulki Nirvany. Zwysokimi butami będzie idealnie.

Położyłam ubranie na łóżku iposzłam do łazienki.

Magdalena ruszyła za mną.

–Od początku wiedziałam, że to nie jest przyjaciółka. Było coś wjej oczach. To zawsze widać po oczach. Mówiłam pani, ale pani nie słuchała.

Powstrzymałam się od wywracania oczami. Magdalena uwielbiała Sydney iciągle mi powtarzała, że powinnam brać z niej przykład, awtedy może mój mąż by mnie kochał. Moja gosposia była patologiczną kłamczuchą, do tego lekko stukniętą, amimo to najnormalniejszą osobą wtym domu.

Szkoda, że faktycznie mnie nie ostrzegła. Może wtedy nie bolałoby to tak bardzo.

Poczułam ścisk wgardle izdradę wypalającą mi oczy.

Chwyciłam się krawędzi umywalki. Pomalowane na żółto paznokcie wyglądały krzykliwie na tle bałaganu na blacie. Banknoty, błysk pistoletu, róż do policzków, mała torebka, resztki białego proszku.

Wpatrywałam się bezmyślnie wswoje odbicie wlustrze.

Popielate włosy, proste od wody, która jeszcze kapała na oliwkową skórę. Moje odbicie imoja dusza gapiły się na mnie.

To zawsze widać po oczach.

Magdalena odkręciła wodę pod prysznicem.

–Cuchniesz depresją, querida. Zmyj ją, potem ułożę ci włosy.

Weszłam pod prysznic.

I zmyłam ją.

*

Buty stukały omarmurową posadzkę. Przedzierałam się między srebrnymi tacami zkieliszkami szampana, lśniącymi wromantycznym świetle. Niewielka orkiestra grała wrogu sali balowej cichą, spokojną muzykę, która nie zagłuszała toczących się wokół rozmów.

Moje serce było zupełnie odrętwiałe, ale wsamym jego środku zaczął tlić się niepokój. Zamiast spotkać się zAntoniem w klubie irazem znim przyjechać na bal dobroczynny, jak mi kazał, przyjechałam tu sama.

Nie chciałam go widzieć. Ani czuć.

Te dwie rzeczy zawsze chodziły wparze.

Prawie dotarłam do stolika, przy którym zbierano datki, kiedy mój plan wejścia iwyjścia, zanim dotrze tu mój mąż, się posypał.

–Gianno, jak zawsze wyglądasz pięknie.

Na chwilę zamknęłam oczy. Obróciłam się zwymuszonym uśmiechem na ustach.

–A ty jak zawsze jesteś słodki, Vincencie.

Dwudziestojednoletni właściciel wspaniałego hotelu, wktórym byliśmy, roześmiał się.

–Zawsze marzyłem otym, żeby ktoś nazwał mnie słodkim.

Widząc, że jednak szybko się stąd nie wyrwę, zgarnęłam kieliszek szampana zniesionej obok tacy.

–Wspaniale ci to wychodzi – odpowiedziałam, spoglądając na grupę znajomych Vincenta, zebranych za nim.

Przeciągnął dłonią po krawacie, mrużąc zrozbawieniem oczy.

–Zastawiliśmy na ciebie sidła nie po to, żeby rozmawiać o tym, jaki jestem słodki.

Udałam zakłopotanie.

–Wypróbowujesz nowy schemat konwersacji?

Vincent ijego znajomi roześmiali się. Pociągnęłam łyk szampana.

W tyle głowy obudziła się we mnie czujność. Spojrzałam w stronę podwójnych drzwi sali balowej. Kieliszek zastygł przy moich ustach.

Szerokie ramiona. Czarny garnitur. Gładkie rysy.

Błękit.

Coś wewnątrz mnie podskoczyło izaiskrzyło. Jak petarda rzucona na chodnik.

W drzwiach stał agent Allister zjakąś blondyną wiszącą na jego ramieniu. Zauważył moje spojrzenie.

To zawsze widać po oczach.

Przez chwilę mu zazdrościłam.

Jego oczy były jak ocean skryty pod lodem, gdzie przetrwać mogą tylko najmroczniejsze ze stworzeń. Moje to szeroka otwarta równina.

Widział wszystko.

Każdy siniak.

Każdą bliznę.

Każdy policzek wymierzony wmoją twarz.

Nie oczekiwałam współczucia, ale jeszcze bardziej wkurzała mnie jego zupełna obojętność. Nie pamiętałam barwy jego głosu, ale słyszałam wuszach, co by mi powiedział.

Nie pękaj, złotko. Nie wiesz, co to ból.

Wypełniała mnie pogarda, ciężka igorąca.

Wiedziałam, że to irracjonalne, ale obwiniałam go opodsunięcie mi pomysłu na przespanie się zAsem.

Obwiniałam go, bo to było łatwe.

Obwiniałam go, bo był zbyt zimny, by mogło go to zranić.

Spojrzał na wianuszek facetów wokół mnie. Odwrócił wzrok, ale zanim razem ze swoją blondyną wtopił się wtłum, dostrzegłam wjego oczach przelotną myśl. Pomyślał, że jestem flirciarą. Pomyślał, że jestem niewierna.

Teraz nawet nie mogłabym temu zaprzeczyć.

Czułam, jak nienawiść ściska mi gardło inie pozwala złapać tchu.

–Właśnie im opowiadałem, jak się poznaliśmy – powiedział Vincent. – Pamiętasz?

Myślami wróciłam do towarzystwa wokół mnie. Czułam, jak żar spływa zmojego serca do dłoni ściskającej nóżkę kieliszka. Z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałam:

–Oczywiście, że pamiętam. Obstawiłeś zakład, że mój koń przegra ioczywiście sam przegrałeś.

–Tak było. – Spuścił wzrok na podłogę, odchrząkując zuśmiechem. – Ale mi chodzi oto, jak mnie wyrzucili ichciałem, żebyś ze mną uciekła na Tahiti. Aty odmówiłaś, bo już tam byłaś, a następne na twojej liście było Bora Bora.

Jak na zawołanie wszyscy zaczęli się śmiać.

Przygryzłam policzek, żeby się nie uśmiechnąć.

–Próbowałam ci oszczędzić zakłopotania, ale chyba jesteś dziś wnastroju cierpiętniczym.

–Na to wygląda – stwierdził ze śmiechem. – Morticia13 znów jest wformie inadal obstawiam, że wten weekend przybiegnie na punktowanym miejscu.

–Och, Vincencie – powiedziałam zrozczarowaniem. – Ty po prostu uwielbiasz trwonić pieniądze, prawda?

Tłum cały czas gęstniał. Wkrótce nie widziałam już nic poza nim isłyszałam tylko zakłady istatystki wyścigów konnych.

–Gianno, wybierasz się wweekend na Fall Meet14?

–Gianno, postawisz na Blackie?

–Gianno, będziesz na afterparty?

Wyrwanie się ztej rozmowy zajęło mi trzydzieści minut. Zdążyłam przez ten czas wypić dwa kieliszki szampana ipotrzebowałam iść do toalety. Złazienki ruszyłam prosto do stolika, przy którym zbierali datki, wnadziei, że uda mi się zostawić czek iuciec.

Kiedy zobaczyłam plecy Allistera stojącego przy stoliku, rozmawiającego zjedną zorganizatorek, zatrzymałam się. Ogarnęła mnie niepewność izrobiłam krok wprzeciwną stronę, ale… Nie ma mowy. Nienawidziłam gościa, ale jeszcze bardziej nienawidziłam myśli, że jego obecność wywołuje we mnie lęk.

Jakby chcąc sobie samej coś udowodnić, podeszłam wolno do stolika izatrzymałam się na tyle blisko, by moja ręka musnęła jego marynarkę. Spojrzał na mnie, apotem odwrócił wzrok w stronę kobiety wśrednim wieku. Rozmawiał znią, jakbym była tylko elementem wystroju.

–Cóż – powiedziała kobieta ojasnych włosach, zciepłym rumieńcem na policzkach – moja córka nie mogła się pana nachwalić. Bardzo się cieszę, że udało się panu do nas dołączyć. Wiem doskonale, jak zajęci są tacy ludzie jak pan. Przestępczość wtym mieście stale rośnie.

–Cała przyjemność po mojej stronie.

Nie mogłam powstrzymać cichego parsknięcia.

Kąciki ust Allistera lekko się uniosły, ale nie spojrzał wmoją stronę.

Słowa, które usłyszałam od niego rok temu, znowu wybrzmiały jego głosem wmoich uszach. Elegancki, nieco szorstki ton, z nutą rozbawienia, jakby zawsze wiedział coś więcej niż inni.

Kobieta rzuciła mi krótkie spojrzenie, po czym znów popatrzyła na federalnego, by za chwilę, jakby właśnie do niej dotarło, co zobaczyła, znów odwrócić wzrok wmoją stronę.

Wpatrywała się we mnie, bez mrugnięcia.

–Przepraszam… Wczym mogę pomóc?

Wyciągnęłam zza biustonosza wypisany czek ipodałam jej. Ostrożnie trzymała go za sam rożek, dopóki go nie rozłożyła i nie spojrzała na kwotę.

–Och – szepnęła. – Jest pani niezwykle hojna. Bardzo dziękujemy.

Napisała coś na kawałku papieru ipodała mi podkładkę.

–Bardzo proszę owypełnienie tego krótkiego formularza. – Kiedy się wnią wpatrywałam, dodała: – To informacje odarczyńcy i potwierdzenie dla celów podatkowych – ściszyła głos. – Darowiznę można odpisać od podatku.

–Och, ja nie płacę podatków.

Kobieta zamrugała.

Allister chwycił podkładkę.

–Pani wypełni formularz.

–Okej… Doskonale. – Zrobiła krok wbok isię wycofała.

–Zdradź mi tajemnicę, czy ty wogóle myślisz, zanim coś powiesz? Czy po prostu pozwalasz słowom zciebie wypływać?

–Cóż – powiedziałam, marszcząc brwi – wtedy nie myślałam. Ale jakim cudem mam się znać na podatkach? Antonio mówił, że nie musi ich płacić.

–Każdy musi. Tak nakazuje prawo.

–Czyżby to, którego tak dzielnie strzeżesz?

Podał mi podkładkę.

–Wypełnij formularz itrzymaj język za zębami, zanim będę cię musiał aresztować za unikanie podatków.

–To chyba byłaby robota głupiego, zważywszy, że musiałbyś mnie wypuścić, jak tylko mój mąż by się otym dowiedział.

Mięsień na jego szczęce drgnął.

–To twój wybawiciel?

Mroczny ton jego głosu sprawił, że znów byłam spięta – ton, przez który czułam, jakby wiedział omnie więcej, niż powinien.

–To mój mąż – odpowiedziałam, jakby to mówiło wszystko, podczas gdy nie mówiło nic.

Chwyciłam podkładkę. Przytrzymał ją na chwilę, wpatrując się wmoją twarz, potem wreszcie puścił. Odwrócił głowę w stronę sali balowej, unosząc do ust szklankę zjakimś przezroczystym płynem. Pewnie to była woda, sądząc po tym, jaki miał talent do psucia innym zabawy.

–Wyglądasz, jakbyś zbłądziła wdrodze na koncert grunge’owy.

–Na szczęście nie – odpowiedziałam, wypełniając formularz. – Gdyby tak było, byłabym wściekła.

–Co zrobiłaś zwłosami?

–O co ci chodzi? – Wydęłam wargi. – Nie podoba ci się? Zrobiłam to dla ciebie. Podobno lubisz blondynki.

–Myślałaś omnie? – wycedził.

–Każdego dnia, wkażdej godzinie. Zawsze jesteś blisko, jak grzyb albo robal gnieżdżący się wmojej głowie.

Kącik jego ust lekko się uniósł.

Odłożyłam podkładkę, oparłam biodro ostolik, przyłożyłam długopis do policzka irozejrzałam się po sali.

–No właśnie, agdzie twoja blondyna?

Podążyłam za jego wzrokiem wstronę rzeczonej kobiety rozmawiającej zinną na środku sali. Była ubrana wszykowną białą sukienkę koktajlową, włosy upięła wciasny kok. Miała doskonałą figurę ikwaśny uśmiech. Założę się, że nigdy nie chodziła z rozpuszczonymi włosami.

–Wygląda… na zabawową.

Dostrzegłam wkąciku jego ust błysk rozbrajającego uśmiechu. To obudziło we mnie coś gorącego iniezdecydowanego. Uczucie natychmiast wywołało niemiły posmak wustach.

Odepchnęłam się od stolika.

–Okej, wtakim razie życzę jako takiego wieczoru. Powiedziałabym wspaniałego, ale mam taką nową zabawę: mówię tylko to, co naprawdę myślę.

–Na pewno nie chciałabyś przekazać wdarze swoich butów, zanim wyjdziesz?

Spojrzałam na moje wysokie do ud buty istuknęłam obcasami jak Dorotka15. Niestety, moje buty nie przeniosły mnie do domu.

–Oddałabym, ale obawiam się, że matka twojej dziewczyny i tak by je wyrzuciła.

Spojrzałam na niego – zobaczyłam, jak jego wzrok podążał wzdłuż butów, aż dotarł do kilku centymetrów nagiej skóry ponad cholewkami. Był chłodny, oceniający, prawie niepożądliwy. Ale dotyk jego spojrzenia palił jak kostka lodu topniejąca na nagiej skórze wletnim słońcu.

–To nie jest moja dziewczyna – powiedział, pociągając duży łyk wody, iteraz już byłam pewna, że to naprawdę tylko woda.

–Powiedziałabym, że mi jej szkoda, ale… – Kiedy go mijałam, woczach migotała mi ta moja nowa zabawa.

Zatrzymały mnie jego następne słowa, gorzkie isłodkie jednocześnie.

–Kłopoty wraju?

Zacisnęłam palce na długopisie, który cały czas trzymałam w dłoni.

Przełknęłam ipotarłam kciukiem pusty palec serdeczny.

Moje małżeństwo to fikcja inic na to nie poradzę – wCosa Nostrze nie ma rozwodów. Ale nie będę nosić na palcu diamentu – symbolu miłości, której nie ma. Aw każdym razie nie jest odwzajemniona.

Odwróciłam się wjego stronę, spodziewając się zobaczyć triumf, ale kiedy spojrzałam wjego oczy, moje serce zamarło, zanim zaczęło walić wnienaturalny sposób.

Głęboko wnich było coś mrocznego iszczerego, dopiero później zrozumiałam, że zobaczyłam to, bo mi pozwolił. Równomierne kapaniekrwi. Szczękmetalu iogień, wktórym go wykuto.

Cały był we krwi.

Zastanawiałam się, czy nawet wtej chwili, pod udawaną pozą dżentelmena, jego czarnym garniturem ibiałą koszulą, nie był nią pokryty.

–Co poświęciłeś, żeby tu dzisiaj być? – Ta myśl wymknęła mi się, wypchnięta zmoich ust przez jakąś niewidzialną siłę. – Swoją duszę?

Podeszłam bliżej, na kilka centymetrów, aż czułam muśnięcie jego obecności na nagiej skórze. Dotykając końcem długopisu wewnętrznej strony jego dłoni, wyszeptałam:

–Ile krwi jest na tych rękach?

Przeciągnął językiem po zębach, na chwilę odwrócił wzrok, potem spojrzał na mnie.

Oczy bez dna. Błękitne.Serce waliło mi mocno. Wiedziałam, że jeśli będę wpatrywać się wnie zbyt długo, zostanę uwięziona pod lodem.

–Pewnego dnia – westchnęłam, przechylając głowę – to cię dopadnie.

Z niesmakiem zmrużył oczy, kiedy jego wzrok padł na długopis, który właśnie przygryzałam. Wsekundę pojęłam, oco chodzi. Na pewno ozarazki.

Polizałam koniec długopisu jak lizaka, wcisnęłam mu go do przedniej kieszonki marynarki ipoklepałam po piersi.

–Parszywego wieczoru, Allister.

Ruszając przed siebie, poczułam, że jego spojrzenie wysuszyło mnie na wiór. Zrobiłam krok wtył, wyrwałam mu zręki szklankę iwypiłam do dna.

Zakrztusiłam się.

Wódka.

*

Szłam wstronę wyjścia, aogień, który czułam wgardle, stopniowo schodził niżej, do klatki piersiowej. Gdy tylko otworzyłam drzwi ipoczułam powiew chłodnego październikowego powietrza, stanęłam twarzą wtwarz zparą znajomych oczu.

–Wybierasz się gdzieś?

Spięłam się ispróbowałam go minąć, ale dłoń mojego męża znalazła moją izatrzymała wmiejscu.

–Puść mnie – wycedziłam przez zęby.

Antonio przyciągnął mnie do siebie iobjął za talię, jak gdybyśmy byli najzwyklejszym małżeństwem na świecie. Jak gdyby nie było między nami dwudziestopięcioletniej różnicy wieku, jak gdyby zdobył mnie zalotami, anie zawarł na mnie umowę, i– co najważniejsze – jak gdyby nie zdradził mnie, apotem nie próbował przepraszać pudełkiem pieprzonych czekoladek.

Chciałam się wyrwać, ale uścisk stawał się coraz silniejszy.

–Tylko zrób scenę, Gianno… – ostrzegł mnie.

Antonio był jak jego syn, tylko opakowany wból iprzewiązany wstążką prawości, nawet jeśli krzyżyk na jego szyi wypalał dziurę wjego skórze. Po dwóch latach małżeństwa nie wierzyłam, że potrafi współczuć, iwiedziałam, że to właśnie uczyniło go jednym zludzi wzbudzających największy postrach wStanach Zjednoczonych.

A dlaczego cieszył się szacunkiem? Cóż, kiedy Antonio był ciepły, był jak słońce. Każdy zabiegał ojego uwagę, bo gdy już ją uzyskałeś, była to uwaga absolutna, jakbyś był jedyną na świecie osobą, która ma znaczenie. Pomijając cierpienie, które mi zadał, i mury, jakie zbudowałam iz których część nadal utrzymywałam, nie pasowałam do niego.

Teraz musiałam znaleźć sposób, żeby odpuścić sobie słońce.

–Nie bawi mnie czekanie na ciebie.

–A mnie nie bawi, jak rżniesz moje przyjaciółki.

–Licz się ze słowami – warknął, prowadząc mnie zpowrotem do hotelu.

The Maddest Obsession - Lori Danielle - ebook + audiobook + książka (2024)
Top Articles
Latest Posts
Article information

Author: Rob Wisoky

Last Updated:

Views: 6011

Rating: 4.8 / 5 (48 voted)

Reviews: 87% of readers found this page helpful

Author information

Name: Rob Wisoky

Birthday: 1994-09-30

Address: 5789 Michel Vista, West Domenic, OR 80464-9452

Phone: +97313824072371

Job: Education Orchestrator

Hobby: Lockpicking, Crocheting, Baton twirling, Video gaming, Jogging, Whittling, Model building

Introduction: My name is Rob Wisoky, I am a smiling, helpful, encouraging, zealous, energetic, faithful, fantastic person who loves writing and wants to share my knowledge and understanding with you.